My...RODZICE



     Często tak bywa, a właściwie jest to nawet regułą, że rodzice o problemach swojego dziecka związanych z uzależnieniem i to często z tzw. uzależnieniem krzyżowym (czyli od kilku środków) - dowiadują się jako ostatni. Jeśli problem wychodzi na światło dzienne to oczywiście starają się "utajnić" sprawę, co wynika z uczucia wstydu przed otoczeniem. A tak naprawdę to sprawa jest niemożliwa do ukrycia. Trzeba wiele odwagi by stanąć w prawdzie i nie kryć się z problemem powstałym w rodzinie. Daje to większą swobodę działania w rozwiązaniu problemu, gdyż wtedy nie ma skrępowania i wysiłków oraz tracenia energii o zachowanie "tajemnicy" zarówno przed rodziną jak i sąsiadami. My rodzice musimy nauczyć się przełamywać ten fałszywy wstyd. My rodzice przypomnieliśmy sobie, że w tej tragicznej sytuacji tylko Bóg może nas z tego wyciągnąć. I sprawdzało się powiedzenie: "jak trwoga to do Boga". Modlitwa stała się podstawą dalszej egzystencji rodziny. Przykładem niech będzie to świadectwo poniżej.

SPOTKANIE RODZICÓW Z CAŁEGO ŚWIATA W SALUZZO

     Syn był w III klasie technikum. Zaczął chodzić własnymi drogami. Kiedyś w jego portfelu żona znalazła porcję heroiny. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczał. Drugim sygnałem było zgłoszenie poważnej kradzieży mieszkania. Doświadczyliśmy totalnej bezradności. To wszystko powaliło nas na kolana. Do tej pory nie modliliśmy się jako rodzina wspólnie. Ale wtedy prosiliśmy Boga o ratunek dla syna i rozeznanie, co mamy robić. Prosiliśmy właściwie każdego, kogo spotykaliśmy, o modlitwę. Nasza znajoma ofiarowała nam również swoje cierpienia.
- To nie wstyd był najważniejszy, ale nasz syn, któremu chcieliśmy pomóc. Pan Bóg stawiał nam na drodze przeróżnych ludzi. Korzystaliśmy z doradztwa takich ośrodków, jak LOKPIT w Zielonej Górze czy ośrodek w Ciborzu. Dowiedzieliśmy się wtedy także o wspólnocie Cenacolo w Medjugorie, która pomaga narkomanom. To był etap udowadniania synowi, że jest narkomanem.

     - To był cały proces zaprzeczania, negowania, manipulowania. Kto doświadcza narkomanii w rodzinie, ten doświadcza samego piekła. To prawda, że uzależnienie jest po części zatruciem fizjologicznym i psychicznym, ale przede wszystkim to choroba duszy. Miłość do syna wymagała od nas czynów heroicznych. Prawdziwa miłość nie jest cukierkowa, ale konsekwentna i mocno stojąca na ziemi.
     Powiedzieliśmy mu, że ma wybór: albo zostawia narkotyki i zostaje w domu, albo wybiera drogę z narkotykami i pójdzie nią już sam, bez nas. Miesiąc był poza domem. Wrócił złachany jak pies, odarty i wygłodniały. Przyjęliśmy go pod warunkiem, że podda się leczeniu. Wywiozłem go podstępem z pielgrzymką do Medjugorie, do wspólnoty Cenacolo. Tam nam powiedziano, że na terapię może zgłosić się w sierpniu, a był dopiero luty. Przed nami było jeszcze tyle miesięcy.

W kwietniu i maju nastąpiło przesilenie. Chociaż staraliśmy się go cały czas pilnować, znowu brał, kradł i dochodziło do rozbojów. Zdaliśmy sobie sprawę, że nie wytrzyma do sierpnia, że albo przedawkuje, albo wyląduje w więzieniu. Powiedzieliśmy Bogu: niech się dzieje wola Twoja. Bardzo trudno powiedzieć tak o własnym dziecku. To był kluczowy moment w naszej relacji z Bogiem. Dotarło do nas, że nasz syn może stracić dar zbawienia, że może go dotknąć coś straszniejszego niż śmierć. Walka o to, by Bóg go nie odtrącił, stała się dla nas ważniejsza niż tylko ratowanie syna od śmierci.

LIPCOWE ŚWIĘTO WSPÓLNOTY W SALUZZO
     - Żona była świadkiem, jak synowi wyleciała ze spodni strzykawka. Wymieniliśmy spojrzenia i powiedziałem mu, że ma iść do swojego pokoju i zastanowić się, czy dalej chce brnąć w uzależnienie. Powiedziałem mu, że jak się zdecyduje, to w tym momencie pakujemy walizki i wyjeżdżamy do Medjugorie albo wychodzi z domu i żyje, jak chce, ale my nie udzielimy mu już żadnej pomocy. Musiał sam podjąć decyzję. Po godzinie wyszedł i powiedział, że chce jechać. Wziąłem urlop. W pracy powiedziałem, że nie wiem, kiedy wrócę. Byłem gotowy nawet tę pracę stracić. Z plecakami i namiotem pojechaliśmy do Medjugorie. Nie znałem języka. We wspólnocie powiedzieli nam, że niemożliwe jest przyjęcie syna teraz.

To był maj, a termin mieliśmy przecież na sierpień. Wówczas tam, w Medjugorie, dokonałem aktu oddania syna Maryi i zawierzyłem Jej wszystko, co nas spotykało. Klęczałem przed Najświętszym Sakramentem i błagałem Boga o pomoc. Trwało to trzy dni. Mieszkaliśmy u zaprzyjaźnionych Chorwatów. Chodziliśmy codziennie i pukaliśmy do drzwi wspólnoty. Powiedziałem, że wcześniej nie pojadę, jak go nie zostawię.
Na trzeci dzień starszy wspólnoty powiedział, że mamy jechać do Livorno do Włoch i że tam może nas przyjmą. Jechaliśmy autokarami, pociągami, nie znając języka ani rozkładu jazdy. Jakoś tam trafiliśmy. Czułem wielką opiekę Aniołów Stróżów. Otrzymaliśmy pozwolenie. Syn został, a ja wróciłem do domu.

     - We Wspólnocie Cenacolo syn przebywał cztery lata. Pierwsze siedem miesięcy było najtrudniejsze. Myślę, że gdyby nie odległość od domu i nieznajomość języka, to nie dałby rady. Dopiero po roku mogliśmy się skontaktować. Oddając go do wspólnoty, musieliśmy jej zaufać. Raz w roku uczestniczyliśmy w święcie wspólnoty i wtedy widzieliśmy syna. Przyjeżdżał również na weryfikacje do domu. Po czterech latach wyszedł i zaczął normalne życie na zewnątrz. - Dla nas historia naszego syna i naszej rodziny była świadectwem działania miłości Bożej. Przyszła nam myśl, że trzeba dać nadzieję innym. Stworzyliśmy, jak dotąd jedyną w diecezji, grupę rodziców Cenacolo. Spotykaliśmy się na Mszy św., dzieliliśmy naszym doświadczeniem walki o nasze dzieci. W tym czasie ratunek we Wspólnocie znalazło kilkanaście osób. Narkotyki nie muszą mieć ostatniego słowa.

     Tego rodzaju świadectwa w rodzinach związanych teraz ze Wspólnotą CENACOLO są podobne. To determinacja i konsekwencja w działaniu dała oczekiwane efekty. My po prostu zaufaliśmy tym, którzy już mieli to za sobą - czyli doprowadzili do umieszczenia młodego uzależnionego człowieka w jednym z domów Wspólnoty.
Zaufaliśmy też i samej Wspólnocie, która godzi się ponownie przyjąć osobę potrzebującą pomocy pod warunkiem, że po samowolnym wyjściu na własną rękę nie będzie przyjęty do domu. Ta zasada jest bardzo skuteczna. Bo jeśli rodzice się złamią i przyjmą córkę czy syna, który samowolnie opuścił Wspólnotę - to po prostu zaprzepaszczają szansę, jaką mu dali i cała "zabawa" zaczyna się na nowo.
Więc czy warto? Czy nie szkoda energii i wyrzeczeń? Paradoksalnie pomoc dla osoby uzależnionej polega właśnie na takim spiętrzeniu jej kryzysu by był porządany skutek.


     Teraz w Polsce jest o wiele łatwiej jak to wynika ze świadectwa powyżej. Nie trzeba jeździć tak daleko. Mamy przeież 3 domy Wspólnoty jak na razie i z pewnością powstaną następne. Są prowadzone tzw. kolokwia wspólne dla osób uzależnionych i rodziców jako wstęp do przyjęcia do Wspólnoty. Ale o tym na kolejnej stronie.

©  dromax    -   dla rodzin wspólnoty CENACOLO   -  Zielona Góra , styczeń 2007.