My...DZIECI WYRWANE Z CIEMNOŚCI DO ŚWIATŁA
Wspólnota CENACOLO nie jest typową grupą terapeutyczną, ale jest
"szkołą życia", nauczycielską drogą, którą idziemy. Są tutaj tacy, którzy biegną i którzy idą
powoli, razem czekamy jeden na drugiego. Z humorami, z różnymi skrajnymi uczuciami, zależnie od ran,
od doświadczenia, od rodziny, od narodu, z którego pochodzą.
Czas pobytu tutaj jest bardzo zróżnicowany, ale Wspólnocie nie spieszy się. Nie ma określonego czasu, po którym
musimy lub możemy odejść. Czas jest tutaj mierzony dojrzałością i rozwojem. Sam musisz poczuć,
doświadczyć, że zostałeś całkowicie przemieniony. A przeszłość nie jest zapomniana, przekreślona,
ale kiedy oddajesz ją w modlitwie codziennej Chrystusowi, patrząc przez pryzmat wiary - czujesz się uzdrowiony
a cała terapia to Chrystoterapia.
Tutaj uczymy się wytrwałości, cierpliwości, przebaczania, pracujemy,
uczymy się, poznajemy języki, odkrywamy i rozwijamy talenty. Jest też sport i relaks, tworzymy grupy
muzyczne, taneczne i teatralne. Wspólnota nie jest przeznaczona tylko dla narkomanów, może być drogą
dla każdego człowieka, który potrzebuje szczerych odpowiedzi, z głębi serca i duszy. Dlatego właśnie
nie ustanowiliśmy ram czasowych pobytu we Wspólnocie.
Poniżej historia PIOTRA, który
po błogosławieństwie siostry Elviry opuścił Wspólnotę startując dalej w normalne życie...
Początkowo jest super. Narkotyki i alkohol uwalniają cię od problemów. Tak
wydaje się na początku. U mnie tak zaczął się nałóg alkoholowy. Byłem jeszcze w szkole podstawowej.
Dużo zmieniło się w moim życiu. Zmieniło się w domu. Bardzo poprawiła się sytuacja finansowa rodziny.
Ojciec zajął się pracą. W zasadzie wymknąłem się trochę spod kontroli rodziców. Zacząłem wtedy kraść
pieniądze z domu, wydawać je na alkohol i papierosy. To była siódma klasa podstawówki i nie zdawałem
sobie sprawy z tego, co tak naprawdę robię. Zaczęło się dlatego, że wcześniej zawsze czułem się gorszy
od innych. Stałem cały czas z boku. Byłem zawsze ostatnim, którego koledzy wybierali do drużyny, gdy
graliśmy w piłkę. Kiedy była zabawa w szkole, bałem się podejść do dziewczyny i zaprosić ją do tańca:
Miałem mnóstwo kompleksów. Po wakacjach, kiedy spróbowałem po raz pierwszy alkoholu, wszystko znikało
automatycznie, przezwyciężałem swój wstyd. Byłem w centrum uwagi. Robiłem głupie rzeczy, o których
wszyscy mówili. I tak się zaczęło.
Nie było tak, że byłem uzależniony tylko od narkotyków. Jeszcze
wcześniej, przed alkoholem uzależniony byłem także od pieniędzy, które zacząłem kraść, żeby być kimś
dla innych. To był początek zła. Od pieniędzy i alkoholu był tylko krok do narkotyków. Zacząłem
chodzić na dyskoteki i brać prochy. Myślałem wtedy, że jest to recepta na szczęście. Szybko jednak
okazało się, że jest to bagno, które wciąga...
Mieszkałem wtedy sam. Miałem 19 lat. Byłem już tak wyniszczony, że nie wiedziałem, co zrobić.
Wiedziałem, że już niedługo czeka mnie więzienie albo śmierć. I tak się skończy moje życie. Rodzina
się ode mnie odsuwała. Było coraz gorzej. Osiągnąłem już dno. Sam siebie zacząłem się bać.
Nie poznawałem się. Patrzyłem w lustro niby ta sama osoba, ale jednak zupełnie inna. Coraz więcej
tego zła było we mnie. Byłem coraz bardziej wrogo nastawiony do świata, do ludzi, coraz bardziej
agresywny. Robiłem rzeczy, których później się wstydziłem, a o których dziś wolę nie pamiętać.
Czasem
jeszcze czułem wyrzuty sumienia, a to znaczyło, że odróżniam dobro od zła. Nie chciałem do końca
zatracić tego dobra. Nie chciałem stać się tylko zły i potem umrzeć w jakiś głupi sposób, a w
najlepszym razie skończyć w więzieniu. Chwyciłem się tego ledwo rozpoznawalnego we mnie dobra jak
koła ratunkowego. Poprosiłem o pomoc mamę. To ona powiedziała mi o istnieniu włoskiej wspólnoty
Cenacolo, która pomaga uzależnionym. Ale wtedy jeszcze nie było żadnego jej ośrodka w Polsce.
- Któregoś dnia dowiedziałem się, że jest organizowana pielgrzymka do
Medjugorie i znajomy pomógł mi się na nią dostać. Wtedy nie przyjaźniłem się z nim, ale bardzo mi
pomagał, opiekował się mną. Chociaż nie miał ze mną lekko. Byłem zbuntowany, kłóciłem się ze
wszystkimi, ale za wszelką cenę chciałem zobaczyć tę wspólnotę. Jeszcze zanim tam dojechałem -
wiedziałem już, że tam zostanę, bez względu na to, co tam zastanę. Po prostu czułem, że to jest To
miejsce.
Zanim trafiłem do Cenacolo, próbowałem różnych terapii odwykowych. Pomagało na chwilę i znowu wracałem.
Leczono jedynie moje uzależnienie, ale nie dawano mi nic w zamian. We wspólnocie znalazłem ludzi,
którzy pomogli mi odnaleźć siebie i dopiero to dało siły na uwolnienie się od nałogów.
Wspólnota nauczyła mnie przyjaźni, szczerości, otwartości. Wiedziałem już, że chcę pomagać innym, że
po wyjściu nie mogę odwrócić się od takich osób, jak ja plecami i po prostu odejść. Dlatego wraz z
księżmi pallotynami uruchamiamy punkt konsultacyjny dla uzależnionych. Kierujemy te osoby na kolokwia,
dzięki którym będą mogli dostać się do domów wspólnoty Cenacolo. Pomagamy nie tylko młodzieży, ale
także ich rodzicom. Oni też się boją, dla nich to jest straszny cios, kiedy dowiadują się, że ich
dziecko jest narkomanem. Nie wiedzą, co zrobić i jak mu pomóc. A potrzebne są radykalne rozwiązania.
Nie można dziecku ulegać, trzeba być twardym, żeby ono chciało samo uwolnić się od nałogu.
Na początku było mi tam bardzo ciężko. Ale powiedziałem sobie, że to ostatnia deska ratunku, że nic
mi nie pomogło i jeżeli nie to i nie teraz, to już nic nigdy mi nie pomoże. Postanowiłem, że jak
będzie ciężko, będę wychodził na łąkę, kładł się na trawie i wrzeszczał w niebo.
Tam nie ma krat,
nie ma pedagogów i terapeutów. Musisz pomóc sobie sam i muszą pomóc ci koledzy, ale przede wszystkim
wiara. Nic jednak nie jest robione na siłę. Nie musisz wierzyć i ufać od razu. To przychodzi powoli,
stopniowo, tak jak do mnie. Na początku pomagali mi koledzy, którzy wtedy już wychodzili z uzależnienia,
potem ja pomagałem innym. Wspólnota stała się dla mnie drugą rodziną i jest nią dla mnie cały czas.
Pobyt we wspólnocie nie tylko uwolnił mnie od uzależnień, ale także pozwolił inaczej popatrzeć na
życie. Nie chcę się spieszyć, chcę mieć czas dla bliskich. Choć powiem szczerze mam go niewiele, bo
zacząłem pracować, chcę skończyć liceum, rozkręcam własną niewielką firmę: Staram się urządzić
mieszkanie, spotkać z narzeczoną. I nie mogę przecież przestać pomagać innym.
Myślałem o tym, żeby w Cenacolo zostać na zawsze. Ale spotkałem wspaniałą dziewczynę, myślimy o
wspólnej przyszłości, chcemy się pobrać i dla niej stamtąd wyszedłem. Teraz nie boję się alkoholu i
narkotyków. Raczej boję się, że uzależnię się od pracy, nie będę miał czasu dla rodziny, że zamiast
porozmawiać z dziećmi, cieszyć się będę, że oglądają telewizję i mi nie przeszkadzają.
Takich
uzależnień boję się teraz, bo tak naprawdę jedyny prawdziwy narkotyk to egoizm, a środek, którego się
używa, nie ma już tak wielkiego znaczenia. Dlatego mówiąc o pomocy uzależnionym, nie mam na myśli
narkomanów czy alkoholików, ale wszystkich tych, którzy uzależnieni są od własnego smutku, od braku
wiary w siebie i nadziei Wspólnota, w której spędziłem długi czas, pomaga zaleczyć te rany, które
każdy z nas nosi w swoim sercu.